Prezent Mikołajkowy

W poniedziałek – 04,12 – byliśmy na KTG i nic nie wskazywało na to, że poród rozpocznie się w ciągu najbliższych kilku dni. Wróciliśmy więc do domu. Ja trochę byłam zrezygnowana, bo termin na ‘za dwa dni’ a tu nic się nie dzieje. Dostaliśmy wytyczne od lekarza, że za tydzień znowu KTG a za dwa tygodnie, jeśli nic się nie będzie działo to wywołujemy poród. No cóż. „niech się dzieje wola nieba”. 😉

We wtorek dopadła mnie depresja. Przepłakałam większość dnia. Byłam przybita i przygnębiona. Ogólnie dno i wodorosty. Aż tu nagle ok. 23:30 obudziłam się mokra – posikałam się?! Hmm. Czerwona lampka alarmowa w mojej głowie się zaświeciła! Ale pomyślałam ‘niemożliwe!’. Przebrałam się i postanowiłam położyć się do spania. Po ok. 30 minutach byłam mokra ponownie. I tu już pomyślałam ‘aaa.. zaczęło się!’. Umyłam włosy i ubrałam się. Dopakowałam jeszcze jakieś drobiazgi do torby szpitalnej i obudziłam męża. Zamiast paniki był spokój i opanowanie. Choć pewnie pozornie. Włączył mi się tryb spokoju i trajkotania (gadałam jak nakręcona), a jemu spokoju i milczenia. Trasę do szpitala mieliśmy ustaloną. Dojechaliśmy w niecałe 30 minut. Tam cała procedura przyjmowania. KTG, badanie, wywiad, sprawdzenie wyników badań z ciąży. I decyzja lekarza czy zostaje czy mnie odsyłają do domu lub innego szpitala. Szpital który wybraliśmy to szpital im. Rydygiera w Krakowie. Akurat ginekologia jest w remoncie więc sporo osób jest odsyłanych. Dostałam swoje łóżko i miałam czekać na rozwój wydarzeń. Trochę się przespałam. Zjadłam śniadanie.  I tyle. Ponieważ miałam pójść na salę porodową już nic nie mogłam jeść. Sala porodowa jednoosobowa – wyposażona w łóżko porodowe, piłkę, tapczan, tv, wifi. I tak od ok 14 do 22:30 przeleżałam na Sali porodowej. Cały czas podłączona do kroplówki z oksytacyną (na pobudzenie akcji porodowej). Skurcze co 3 minuty, ale ból był do zniesienia. Położna powiedziała, że jakbym miała bóle porodowe to chodziłabym po ścianach. W końcu przy braku postępu w akcji porodowej, braku rozwarcia (max 3 cm.), odpłynięciu wód płodowych, dodatniej bakterii paciorkowca i rosnącym ciśnieniu krwi (170/100) podjęto decyzję o zakończeniu tego cesarskim cięciem. Po 15 minutach nasz syn był już z nami. Środa – 06,12,2017 – godz. 22:45 – 3710 g – 57 cm szczęścia. Na Sali operacyjnej wszystko poszło sprawnie i w miłej atmosferze, choć ja byłam już zmęczona i otępiała. Nawet padło pytanie czemu nie płaczę na widok dziecka.

Co czujesz przy cesarskim cięciu? Rozrywanie, ciągnięcie i odrętwienie. Nie ma bólu, znieczulenie działa od klatki piersiowej w dół i mija po ok 2 godzinach. Później leżysz min 6 godzin i mimo że zaczyna cię boleć (choć łykasz leki przeciwbólowe) to każą ci wstać i chodzić. Słowo chodzić to zbyt dużo powiedziane – posuwasz się ślimaczym tempem.

Pobyt w szpitalu był ciekawym doświadczeniem. Warunki nie są jak w hotelu, ale to w końcu szpital. Lekarze, położna, pielęgniarki i cały personel mimo małych wpadek naprawdę mili i przyjaźnie nastawieni. O wszystko można zapytać i generalnie nie ma złych/głupich pytań. Po 3 dniach i informacji, że mały nie przybiera na wadze i że nas nie wypuszczą zdołowałam się. Przy szalejących hormonach błahostka doprowadzała mnie do łez.  Choć nasz synek spał ładnie, jadł i był spokojny więc mogłam się wyspać to byłam zmęczona psychicznie.

Ale w końcu w 4 dzień wróciliśmy do domu. I zaczęła się największa przygoda naszego życia, choć mam nadzieję, że nie ostatnia.. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *